Gemer i Słowacki Kras – tam, gdzie trzy kultury mieszają się w cieniu zamku węgierskiego Elona Muska
Okolice Słowackiego Krasu to tereny poza utartymi szlakami. Zapraszam Was do krainy pięknych krajobrazów, zabytków harmonijnie wpisanych w naturę i wsi z dala od cywilizacji. A to wszystko ze świetną infrastrukturą!
W pewnym czerwcowym tygodniu postanowiłem wybrać się na koniec Słowacji.
Jechałem tam przez Podhale i Poprad, a następnie drogą 66 przez góry. Jej najciekawszym elementem były serpentyny, które w końcu doprowadziły na przełęcz. Trzeba uważać, żeby nie wypaść z drogi, oglądając rozciągające się stamtąd widoki na okoliczne góry, m.in. Muranską Planinę, i okoliczne miejscowości. Dalej znajdował się jeszcze jeden punkt widokowy, tym razem na malownicze jezioro w Dedinkach. Następnie trasa przebiegała przez urokliwe słowackie wioski w dolinie i finalnie dotarliśmy do celu, czyli wsi Krásnohorské Podhradie. Miejscowość i jej okolice leżą zaraz przy granicy z Węgrami, wśród malowniczych płaskowyżów Słowackiego Krasu.
Zatrzymałem się w wynajętym pokoju w Ubytovaniu Barborka. Standard i czystość bardzo dobre, cena też przyzwoita, właściciele pomocni, ale nie nachalni. Położenie przy głównej drodze było zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem, bo można było łatwo dojechać do wszystkich ciekawych miejsc w okolicy, ale z drugiej strony ciężko było zasnąć w nocy przy ciągle przejeżdżających tirach. Jednak i do tego dało się przyzwyczaić. Ogólnie bardzo polecam to miejsce.
W pierwszy dzień wyjazdu wypadło Boże Ciało. Słowacy świętują go religijnie tak samo jak Polacy, ale w odróżnieniu od nas muszą wtedy normalnie pracować. A więc wszystkie sklepy COOP Jednota oraz stacje benzynowe spotkane po drodze, które przetrwały próbę czasu (czyli niewiele z nich) zwyczajnie działają, ale też na płatnych parkingach trzeba wyciągnąć z portfela parę euro.
ㅤ
Zádielska dolina – ochłoda w upalny dzień
Po rozpakowaniu się, jako że było zbyt gorąco na obejrzenie wsi, którą i tak traktowałem raczej jako bazę wypadową, pojechałem do oddalonej o 20 minut Zádielskiej Doliny, po drodze oglądając kolejne widoki na okoliczne góry i wioski. Dolina położona jest za malutką, urokliwą wsią Zádiel. Miejscowość istniała już na pewno w 1317 roku, a pewnie i wcześniej. Jest tam kościół ewangelicki z XVIII wieku.

Najlepiej zostawić samochód na parkingu zaraz przy wejściu do doliny. Płatny 3 € za cały dzień za osobówkę (o 15:30 nikt już nie zbierał opłat). O ile na zwykłym terenie było wtedy powyżej 30°C, to w dolinie panował przyjemny chłód, momentami nawet nieprzyjemny. Z parkingu prowadzi trzykilometrowa trasa wąwozem krasowym nad potokiem z niewielkimi wodospadami. Dolina z obu stron urozmaicona jest imponującymi skałami i gruzowiskami. W najwęższym miejscu ma 10 metrów szerokości i jest najgłębszym wąwozem w kraju. Wśród skał ulokowane są też liczne jaskinie, na ogół niedostępne dla turystów. Na koniec dochodzi się do Zádielskiej Chaty, gdzie można napić się lokalnego piwa i coś zjeść.

Po odpoczynku w chacie można jeszcze udać się w głąb doliny lub asfaltową drogą w kierunku wsi Bôrka, albo zielonym czy żółtym szlakiem na otaczające dolinę płaskowyże. Ja jednak wybrałem inną opcję, czyli przejście niebieskim szlakiem do punktu widokowego Na Skale. Kilkunastominutowe, niezbyt strome podejście prowadzi na niewielki taras widokowy. Widok to połączenie przyrody i przemysłu – za płaskowyżami ponad doliną widoczna jest cementownia koło pobliskiej Turňi.

ㅤ
Krásnohorské Podhradie – mieszanka trzech narodów
Po powrocie do Krásnohorskégo Podhradia i krótkim odpoczynku wyruszyłem na zwiedzanie wsi. Miejscowość istniała już na pewno w 1322 roku. Mniej więcej wtedy powstał też zamek widoczny z każdego miejsca w okolicy, z którym historia wsi jest nierozerwalnie związana. Zamek był zamieszkany przez węgierską szlachtę, m.in. ród Andrássych i był siedzibą lokalnego feudalnego państewka. Ród Andrássych był jednym z najbardziej wpływowych w historii Europy Środkowej – posiadali rozległe terytoria, pełnili ważne stanowiska w monarchii Habsburskiej. Kontrolowali bogate złoża, m.in. rud miedzi czy srebra, oraz rozwijali przemysł. Jedna z głównych ulic w centrum Budapesztu nazwana jest od ich nazwiska.
Z Ubytovania można w kilkanaście minut dojść do podnóża wzgórza zamkowego, po drodze oglądając tradycyjne słowackie domy, jak i te nieco nowsze. Podejście na zamek nie jest bardzo strome ani długie, ale prowadzi wąską ścieżką wśród łąk. Niestety budynek nie jest dostępny do zwiedzania, ze względu na wciąż trwającą odbudowę po katastrofalnym pożarze w 2012 roku, a szkoda, bo taki zabytkowy obiekt z XIV wieku byłby ciekawy do obejrzenia.

Przeszedłem wzdłuż jego murów, przez teren zamieniony na plac budowy, i obserwowałem, jak nikt nie pracuje. Ale w sumie nie dziwię się – gdybym mógł przebywać dzień w dzień w tak pięknym miejscu, ze wspaniałym widokiem na wieś i jej okolice, też przedłużałbym prace w nieskończoność. Do zamku można również dojechać okrężną drogą asfaltową, ale w związku z remontem jest zamknięta.

Z zamku zszedłem tą samą ścieżką i obejrzałem “centrum” wsi, na które składają się parterowy budynek szkoły oraz kościół z XV wieku. Potem przeszedłem się jeszcze przez wieś, w której – mimo ruchliwej drogi – panowała idylliczna atmosfera i cisza, przerywana tylko szczekaniem psów, mniej więcej co 5 sekund.

Warto dodać, że wieś jest mieszanką różnych narodowości. Idąc jedną ulicą, na przykład Lipovą, można spotkać lokalnych Słowaków, Węgrów i Romów (oni mają też swoją osadę za wsią). Trzy narodowości, trzy języki, trzy razy większa szansa, że nikt cię nie zrozumie.

Zaraz obok miejscowości znajduje się jeszcze jedno ciekawe miejsce, czyli mauzoleum Dionýza Andrássyego. Budynek został zbudowany w ciągu roku w 1903-1904 i jest mieszanką różnych stylów. W środku pochowany jest hrabia Dionýz Andrássy i jego żona. Mauzoleum otacza niewielki, ale ładny park, a za budynkiem pochowany jest jamnik hrabiego. Bilet normalny kosztuje 5 euro, co jest nieco wygórowaną ceną, ale miejsce i tak warto zobaczyć.

Megafony rozmieszczone na słupach w całej miejscowości są spuścizną z czasów komunistycznych, kiedy były narzędziem propagandy. Obecnie w bardzo wielu słowackich wsiach wciąż funkcjonują. Są częścią systemu ostrzegania o zagrożeniach, informują o ważnych wydarzeniach, a w niektórych wsiach lecą z nich folkowe piosenki. Te w Krásnohorskim Podhradiu włączane były, w czasie mojego pobytu, tylko rano. Muzyczka, chwila gadania i na tym kończyła się „audycja”.
Pipitka – góry, gdzie nie ma nic
Następny dzień przyniósł nieco chłodniejszą, ale wciąż słoneczną pogodę. I bardzo dobrze, bo w takim upale ciężko byłoby chodzić po górskich szczytach. Wybrałem się więc na górę o nazwie Pipitka, w paśmie Gór Wołoskich. Góry znane z tego, że nikt w nie nie chodzi, i nic turystycznego tam nie ma. Droga 549 na przełęcz Úhornianske sedlo była wspaniałej jakości, ale też prawie nikt tamtędy nie jeździł (minąłem tylko jeden samochód, w drodze powrotnej też jeden). U celu znajduje się spory parking, oczywiście darmowy i cały wolny.

Stamtąd wyszedłem na szlak czerwony, który już od początku oferował piękne widoki na okoliczne góry i charakterystyczną polanę z kaplicą Maryi Panny Śnieżnej górującą nad pobliską wsią Úhorná. Przełęcz leży na wysokości 1000 m n.p.m., a cel wycieczki jest niewiele ponad 200 metrów wyższy, więc trasa nie jest zbyt trudna. Po chwili doszedłem do Útulňej, czyli chatki przeznaczonej do odpoczynku i noclegu dla strudzonych turystów. Na dole przestrzeń otwarta z miejscem na ognisko, apteczką i ulotkami reklamowymi restauracji w Krásnohorskim Podhradiu. Nawet w tak dzikich górach muszą wcisnąć reklamy… Do właściwej części chatki wchodzi się drabiną – tam były miejsca do spania, prowizoryczne materace i dwójka Słowaków, czyli jedyni turyści, których spotkałem po drodze. Prąd z paneli fotowoltaicznych. Dziwne, że w tak nieznanym paśmie mają to tak świetnie zorganizowane.

Z Útulňej poszedłem jeszcze ścieżką na szczyt Starego Vrchu z wieżą RTV, ale widoki stamtąd nie były lepsze niż te ze szlaku. Kontynuowałem wędrówkę trasą czerwoną, oglądając piękne krajobrazy okolicznych i nieco dalszych gór widocznych po drodze. Minąłem szczyt Malej Pipitki (ścieżki pokazywane na mapach, prowadzące na górę, nie istnieją). Dalej trasa prowadziła grzbietem urozmaiconym skałkami i jeszcze ciekawszymi punktami widokowymi na południe oraz północ.

Następnie dotarłem do podejścia na Pipitkę (1225 m n.p.m.). Do tego czasu szlak był przyjemny, jednak od tego miejsca szło się ostro pod górę, do skrzyżowania szlaku z nieoznakowanymi drogami pod szczytem. Ale widoki były tego warte – można było patrzeć na rozciągające się po horyzont góry. Widać było okoliczne Góry Wołowskie, nieco dalsze Góry Stolickie czy Niskie Tatry. Z kolei od wschodu po horyzont rozciągały się Góry Wołowskie, szczyty Słowackiego Krasu i góry na Węgrzech. Niestety sam szczyt jest poza szlakiem, a ścieżki zaznaczone na mapie, wiodące tam, nie istnieją.

Miałem jeszcze sporo czasu, więc poszedłem na następny szczyt, czyli Zeleną Skalę. Okazało się, że był to duży błąd, bo najpierw trzeba było znacznie zejść z Pipitki, a później musiałem wspinać się tym podejściem z powrotem na górę. Zelená Skala (1040 m n.p.m.) nie oferowała żadnych szczególnych widoków.

Na parking wróciłemtą samą trasą i tu zaskoczenie – nie było żadnych innych samochodów. Ludzie po prostu nie wiedzą co tracą 😉

Trasa do punktu widokowego pod Pipitką i z powrotem ma 8 km długości, a jeśli dodamy Zeleną Horę, wydłuża się do 10,5 km. Według strony mapy.cz można ją przejść w 2 i pół godziny. Dla dłuższej wersji podają czas 3 godziny 35 minut (mnie zajęło to 2 godziny 20 minut). Trasa w znacznej większości jest nasłoneczniona, więc raczej nie nadaje się na upalny dzień.


Dodaj komentarz